< powrót

1967

 

26-27 sierpnia 1967,
Poznań, Ławica, Święto Lotnictwa

Centralne obchody Święta Lotnictwa zgromadziły 100 tys. widzów. Pokazom towarzyszyła wystawa sprzętu lotniczego, racjonalizacji i wynalazczości Wojsk Lotniczych.

 

3 września 1967,
Katowice, Muchowiec, 40-lecie Aeroklubu Śląskiego

 

9 września 1967,
Warszawa, uroczyste odsłonięcie pomnika Żwirki i Wigury

24 września 1967,
Warszawa, Gocław, XX-lecie Aeroklubu Warszawskiego

Posłużę się wspomnieniami jednego z forumowiczów lotnictwo.net.pl, Jacka Jarzeckiego:

Rok 1967, wczesna jesień, 20-lecie Aeroklubu Warszawskiego na lotnisku Gocław. W czasie pokazów na Babicach to raczej jeździłem jeszcze w spacerówce i byłem na etapie klocków i pluszowego misia. Natomiast imprezę na Gocławiu obserwowałem już rozgorączkowanymi oczami zakochanego w lotnictwie 13-latka. Oto co zapamiętałem:

Jedna z pierwszych w Polsce prezentacji modelu silnikowego zdalnie sterowanego. Żaden konkretny typ samolotu, ale latał bez tradycyjnych linek i nawet przy lądowaniu się nie rozbił.
Efektowny start 4 szybowców (chyba) Foka na holu za nowością w tamtych latach, Wilgą 35. A później dynamiczna akrobacja zespołowa. Nazwisk pilotów nie pamiętam, natomiast przekonałem się wtedy, że szybowce wcale nie są bezgłośne! W locie koszącym nad publicznością po prostu zawyły jak powiew huraganu. Mieszkam na Florydzie i wiem coś o tym...
Pokaz akrobacji na trzech Jak-18. Prowadzący, ś.p. Zdzisław Dudzik.
Akrobacja na CSS-13. Samolot mieścił się w prostokącie jakieś 400 na 600 metrów. Choć to była jesień i pogoda nie rozpieszczała, ani razu nie zniknął w niskich chmurach.
Pokaz odbioru rannego (na niby) w wypadku samochodowym przez załogę biało-niebieskiego Sm-1.
Absolutnie rewelacyjna akrobacja na szybowcu Kobuz. W kabinie Jerzy Wojnar lub Adam Ziętek. Tego nie jestem pewien. Krótkie skrzydła, zwarta, mocna budowa szybowca. Dosłownie pocisk! Nie przypuszczałem, że szybowiec może latać z taką szybkością. Na moment zniknął, by po chwili pojawić się od strony Wisły, tuż nad hangarami. Myślę, że robił ok. 300 km/h. Leciał prędzej niż Jaczki 18. Jeszcze zwrotem bojowym nabrał z 400 metrów, palnął kilka beczek i usiadł przed trybunami. Rarytas!
Na koniec części aeroklubowej grupa akrobacyjna braci Kasperków na trzech Super Kasper Akrobat. Trzeciego pilota nie pamiętam. Dla mniej zorientowanych, były to przeróbki na jednomiejscowe Zlinów 326, o ile pamiętam. Wzmocnione skrzydła, przerobiona instalacja paliwowa do dłuższych lotów odwróconych, ogólnie samoloty odchudzone o kilkadziesiąt kg. Latało maszyn sportowych więcej, ale nie chcę namieszać i czegoś pokręcić.

A potem huknęło wojsko. Indywidualna akrobacja na Iskrze. Zupełnie zaskoczył wszystkich Bies, nadlatują kosiakiem od strony Babic. Wypalił ostro w górę i dał niezły popis.
Sierżant Chmiel z WOSL w Dęblinie, w latach 60-tych znany jak człowiek-ptak, podwieszony pod Sm-1 na długiej linie, udawał Batmana, wyczyniając rozmaite esy-floresy. Na koniec śmigłowiec zawisł w miejscu na ok. 400 metrach (co chyba nie było takie łatwe dla tłokowego silnika), sierż. Chmiel odczepił się od linki, odliczył ze 3 sekundy i otworzył spadochron. Czasza wypełniła się na prawdę nie wyżej niż na 50 metrach. Wylądował bez wywrotki. Nie lada (podobno) sztuka na tradycyjnych paraszutach.
Indywidualny pilotaż na Lim-5. Ostro, efektownie, dopalacz często chodził.
Zbiorowy desant 50 Czerwonych Beretów z pięciu An-2. Po wylądowaniu komandosi zaimprowizowali atak na umownego przeciwnika.
Największą atrakcją miał być na zakończenie indywidualny pilotaż na MiG-21 (PF lub PFM - wtedy jeszcze nie podawano szczegółów). Jak wszędzie, największą atrakcję zostawia się na koniec imprezy. To daje pewność, że publika wytrzyma do ostatniej chwili. Tak też robią w Stanach. Blue Angels czy Thunderbirds zawsze są ostatnią pozycją w menu. MiG-21 latał ładnie, głośno, niestety, często znikał w obłoczkach. Nie miał dodatkowego zbiornika, więc występ był krótki. Skrzydlata później pisała że był to pierwszy, publiczny pokaz akrobacji MiG-21 w Polsce.
Ale dla mnie przebojem, perełką imprezy był punkt przedostatni. Niestety, tutaj pojawiają się luki pamięciowe. Pilotaż zespołowy Lim-5. Były conajmniej 4, ale mogło ich być więcej. Pilotów nie pamiętam, a może i nie podawano nazwisk. Myślę, że był to zespół Kałkusa lub Grundmana.
Powiem krótko. Mieszkam w Stanach od 20 lat. Zaliczyłem kilka tuzinów Air Show, Blue Angels, Thunderbirds, Snowbirds oglądałem do znudzenia. Ale myślę że Nasi chłopcy na Limach nie mieli czego się wstydzić. Był to bodaj najlepszy pokaz grupowej akrobacji na maszynach bojowych, jaki w życiu oglądałem! W Ameryce są przepisy. Odległość od linii publiczności, conajmniej 1000 stóp. Najniższy punkt podczas wykonywania manewru akrobatycznego, coś ok. 300 stóp (ok. 90 m). Żadnych nalotów na publiczność. Słowem daleko i nudnie. Limy nad Gocławiem jak robiły kosiaka na wał przeciwpowodziowy od strony Saskiej Kępy, to gapowicze albo padali, albo wiali na boki lub skakali z wału! Jak poderwali na dopalaczach w pobliżu publiczności i stoisk z kiełbaskami, to gorący powiew z dysz (a był chłodny, jesienny dzień) czuło się na twarzach a w powietrzu fruwały serwetki ze straganów i baloniki wypuszczone przez przerażone dzieciaki. A wszystko bez tego, co dziś dodatkowo podnosi adrenalinę i atrakcyjność pokazów: profesjonalnego komentarza, idiotycznych smugaczy - utrapienia fotoreporterów - i ostrej muzyki, walącej z 1000 watowych głośników. Naprawdę kiedyś mieliśmy zespół światowej klasy.

Jacek Jarzecki

 

< powrót